Recenzje
(Rockmetal.pl) Demer di - "custom"
Nazwa zespołu: Demer Di
Tytuł płyty: "Demer Di"
| Utwory: | Dolina Przywidzeń; Zaćma; Podwodne majaki; Cień; Sezon; Ziemne orzeszki; D.O.M.; Przewoźnik; Dolina; Sen; Mój szczyt |
| Wykonawcy: | Wojtek Błażejczyk - wokal, gitara, skrzypce, syntezatory; Mariusz Cisek - instrumenty klawiszowe; Kuba Bruszewski - gitara basowa; Mikołaj Barwicki - instrumenty perkusyjne |
Wydawcy: Serektopionyrecords
Rok wydania: 2004
Data napisania recenzji: 19.04.2005
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8
Pierwszą rzeczą, którą należałoby w tej recenzji wyjaśnić jest tytuł płyty. Otóż tak naprawdę każdy egzemplarz albumu nazywa się nieco inaczej. We wkładce znaleźć można specjalny kod, za pomocą którego można na stronie zespołu uzyskać "indywidualny" tytuł. I takim to sposobem moja kopia albumu nazywa się "Nieoczekiwanie Wieloznaczne Podobieństwo". Zwariowane, oryginalne i dziwne? Tak. Dokładnie tak samo jak muzyka Demer Di, o której można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest szablonowa, standardowa i przewidywalna.
"Fusion" to słowo, które najlepiej oddaje charakter muzyki zespołu. Fusion, czyli mieszanie i łączenie w każdym sensie, kompletny stylistyczny bałagan, ale w pozytywnym rozumieniu. Elementy jazzowe, progresywne, hardrockowe, psychodeliczne, wszystko łączy się w intrygującą dźwiękową układankę. Nie tylko dźwiękową zresztą, bo i teksty są oryginalną zabawą słowem - możemy posłuchać i o ćmach i o ziemnych orzeszkach, a tu i ówdzie pałęta się niepokojący cień wokalisty, który nie daje mu spokoju. Świat Demer Di jest nierealny, bajkowy, ale opisywany ze specyficznym humorem.
Dodatkowym atutem muzyki "Doliny Przywidzeń" (bo tak podobno tłumaczy się nazwę grupy z języka tatarskiego) jest luz i spontaniczność. To rzadkie cechy na progresywnej scenie, gdzie dość często dominuje zadęcie i patos. Tego absolutnie Demer Di zarzucić nie można, dzięki czemu grupa deklasuje jak dla mnie większość krajowej konkurencji z pogranicza rocka progresywnego i jazzu.
No i rzecz istotna, choć nie najważniejsza - wspomniany luz, spontan i zabawa dźwiękami nie byłyby łatwe, gdyby nie umiejętności młodych muzyków. A te sa naprawdę nieprzeciętne. Zespół żongluje stylami, rytmami i nastrojami z wielkim wyczuciem i ogromną swobodą. Niesamowite i godne uwagi. Bardzo polecam materiał Demer Di wszystkim zainteresowanym inteligentnym rockowym graniem znad Wisły - warto wkroczyć do Doliny Przywidzeń i pozostać tam nieco dłużej.
autor: Adam "kalisz" Kaliszewski
tutaj od 19.04.2005
(Uwaga: Recenzja ta została z serwisu Rockmetal.pl usunięta w 2008 roku, zapewne jako efekt ogólnego porządkowania portalu. Zachowała się natomiast na witrynie www.archive.org -> link)
(Euro26) "Rockowa partyzantka"
Listopad 2007
Demer di to połączenie rocka progresywnego z psychodelią, elementów jazzu ze schizofrenicznym sonoryzmem. Unikalne. Z zespołem Demer di umawiam się w jednej ze starych kamienic na warszawskim Śródmieściu. Tam, w mieszkaniu Wojtka Błażejczyka – gitarzysty i wokalisty – chłopaki umawiają się na próby. Nie grają na pełnych obrotach, żeby nie przeszkadzać sąsiadom, ale ci podobno są wyrozumiali, pozwalają im szlifować utwory do 22. Po chwili wiem już, że nie jestem na próbie jednego z młodych gniewnych zespołów, który dorwał się do gitar. Wojtek, Mariusz, Kuba i Mikołaj rozmawiają ze sobą językiem profesjonalnych muzyków, zaopatrzeni są w nuty oraz, co najważniejsze, świetnie się rozumieją.
Ich muzyczne biografie przeplatają się od kilku lat. Wojtek Błażejczyk, tak zwany lider i tekściarz, i Mariusz Cisek – klawiszowiec, poznali się w poważnych muzycznych klimatach – w orkiestrze Młodzieżowej Sonata. Szukali jednak czegoś mocniejszego, przez jakiś czas grali w zespole rockowym Most, mieli jednak inną wizję zespołu. W 2002 roku padł pomysł założenia Demer di. Pośród wyszukanych nazw młodych zespołów rockowych: Nerwica Natręctw, Pszczele Piszczele czy Skowyt, Demer di – nawiązująca do Doliny Przywidzeń na Krymie – utrzymywała się w undergroundowych klimatach. Zaczęły się intensywne poszukiwania perkusisty. Śmieją się, że organizowali castingi, jednak dopiero Mikołaj Barwicki okazał się najlepszym kandydatem, choć jako jedyny jest samoukiem. Basista Kuba Bruszewski znał Wojtka z zespołu folkowego, ale udzielał się również w innych składach. Szybko zaczął przemycać do kapeli sporo własnych pomysłów. – graliśmy wtedy w salce na grochowie, w podziemiach. Stał tam rozpadający się sprzęt i każdy grał na tym, co przyniósł. Ale zespoły organizowały nocne jam sessions – wspomina Mikołaj.
Wkrótce wszystko zaczęło się rozkręcać. Chłopaki zanieśli demo do kilku klubów, co dało im szansę zaprezentowania się publiczności. Były to kultowe miejsca, z których większość dziś już niestety nie istnieje: Kopalnia, Nemo, galeria off, Przestrzeń graffenberga. Dumni są przede wszystkim z udziału w stowarzyszeniu Praska Fala Dźwięku, które wspiera działalność debiutantów, pomaga organizować koncerty oraz wydało składankę z utworami najlepszych zespołów. Demer di znaleźli się tam na sztandarowej pozycji oraz otworzyli koncert promujący tę płytę w Proximie. Wszystko to sprawiło, że od dłuższego czasu dobrze funkcjonują na muzycznej scenie alternatywnej, a organizatorzy koncertów sami się do nich zgłaszają. Tak było w przypadku koncertu w Warce, gdzie zagrali przed Tymonem & Transistors. Co prawda rock wrócił do łask, ale jego progresywna wersja nadal pozostaje w niszy. To im jednak nie przeszkadza – najważniejsze, że podążają własną drogą. Wojtek tłumaczy podejście do muzyki w jasny sposób: – Dream Theater i King Crimson stoją na dwóch biegunach progresji. Jedni i drudzy są świetni technicznie, wymiatają, jak trzeba. Natomiast Dream Theater jest dla mnie muzyką plastikową, wykoncypowaną. Grają wyczesane solówki, tylko że w tym wszystkim nie ma życia. W King Crimson czy wczesnym Pink Floyd czuć za to ogromny ładunek emocji. My również gramy ambitnie, ale nie to jest najważniejsze, że na 7/8, lub że są tam dziwne akordy czy harmonia. Chodzi o to, żeby muzykę przeżyć.
Plany na przyszłość? Zespół przygotowuje muzykę do niemego filmu „gabinet doktora Caligari”, przełomowego dzieła niemieckiego ekspresjonizmu z 1920 roku. Propozycja pojawiła się od grupy artystycznej INgAI. Zagrają na żywo do projekcji. Większość motywów przygotują wcześniej, ale nastawiają się też na improwizację. Do projektu podeszli profesjonalnie. Wojtek rozpisał poszczególne sceny, a potem starali się dopasować do nich muzykę, wydobyć z filmu ukryte treści. Premiera tego projektu już wkrótce, bądźcie czujni. Ci, którzy chcą się zapoznać z muzyką Demer di we własnym domu, mogą zamówić ich płytę na stronie www.demerdi.net. Każdy może sam wygenerować jego unikalny tytuł w internecie. Pomysł oryginalny, podobnie jak cała twórczość Demer di, która wymyka się schematom.
Tekst: Agata Godlewska
(Link do wydania magazynu Euro26 zawierającego artykuł)